4x4 12 tyś. km od domu

Po pięciu tygodniach nierobienia niczego, lekko zaczynało mnie nosić, palmy, ciepłe morza, białe plaże - rewelacja, ale dajcie mi trochę błota i jakiś samochód 4x4 + około 500 kg osprzętu, żeby nie było, że zamarzyłem o SUV-ie. O błocie zapomnij, nie ten klimat, łatwiej było o krokodyla, węża lub skorpiona (śliczności, a jakie milusińskie).

Szukając, kombinując, męcząc kogo trzeba udało się ! Za tydzień w niedzielę jedziesz pojeździć z miejscowymi kolegami. To był jeden z dłuższych tygodni, a ostatnia noc ciągnęła się jak obiad u teściowej. Dzień przed wyjazdem zostałem zawieziony do gościa z którym miałem jeździć, poznaliśmy się, pogadaliśmy, wypiliśmy zimne piwo 0 % alc, pokazałem swoje zdjęcia, żeby nie było, że nie mam talentu lub weny twórczej, w międzyczasie dojechał następny "nowy kolega". Dowiedziałem się, że jutro nie będą mile widziane małe koła, delikatnie się uśmiechnąłem a 10 sekund później opadła mi kopara, małe dopuszczalne koła to 37"- te w dobrym tonie.

Spojżałem na zdjęcia swoich fajnych samochodzików 33";35"- co ja tutaj robię ? Wreszcie widno, jak z procy wypadłem z łóżka, szybki prysznic, ubranie, plecak, kanapki, woda itp. i gotowy do wyjścia, a tu ...6 rano - ruszamy o 9. Nadeszła wreszcie ta utęskniona godzina, biegiem na parking i widzę jest już fura poznanego wczoraj kolegi, jest nieźle samochodzik na weekendowy wypad z kolegami, u nas tak zdłubane 4x4 nie startują w RMPST-ach.

Ciśnienie miałem już takie jak kojot podczas startu, ze strusia pędziwiatra. Droga publiczna, potwór na 37 cali, po 0,5 metra koła wystają na boki, policja tam ma co robić i ma to w ... czym ty jeździsz i jak jeździsz.

Przez dwa miesiące i przejechane x kilometrów widziałem 3 stłuczki i 1 wypadek, a czy ktoś ma zderzak, światła mijania, stopu- a kogo to obchodzi.

W końcu po kilkunastu minutach dotarliśmy na miejsce spotkania, piękna impreza integracyjna, jakie samochody, oczy miałem jak denka od szklanek do whisky. Dzieńdobry, dzieńdobry- to się okarze, bo początek wcale nie był taki fajny "nowi koledzy" przywitali się ze mną jak z alienem, jeszcze na dodatek obcy miał inny odcień pigmentu, no i był sam.

Szczęśliwie dosyć szybko temat naprostowałem i dałem do zrozumienia, że pojeździć sobie mogą swoimi dużymi ...(kołami) po kaktusach a nie po mnie. Procedura startowa zupełnie jak u nas, pogadamy, wymienimy poglądy, kto co zrobił i jak, a ten coś urwał, spuśćmy powietrze z kół...

No i start, jak narazie luzik, góry, kaktusy, pająki wielkości ratlerka. Taka sielanka trwała tylko dziesięć minut. Nasza trasa to koryto wyschniętego górskiego potoku, które mamy pokonać pod prąd.

Podczas naszej wspaniałej integracji natknęliśmysię na trasie na kilka przeszkód w postaci kamyczków wielkości Patrola GR, a w tych miejscach szerokość wynosiła 1,5 szerokości patrola. Cztery koła na kamieniu, twarz kierowcy niemalże ociera się o dno wyschniętej rzeki, ale bez ciśnienia pniemy się dalej. Dodatkowymi atrakcjami w porównaniu z Polską było to, że u nas może Ciebie pogryźć wściekły ekolog lub dziad z york-shitem (standardowo załatwiającym się na trawniku lub chodniku), a tam uważaj na wszystko co żyje i na to co rośnie również. Moja przygoda rozpoczęła się jak typowa impreza integracyjna, a skończyła się jak piknik rodzinny, siedząc na szczycie góry (bez ofiar w ludziach i sprzęcie) przy zachodzącym słońcu popijając zimny browar (0 % alc.).